Thursday, 26 July 2012

Krokusy

K R O K U S Y

JEDNOŚĆ MIEJSCA, CZASU, AKCJI I OSOBY
OSOBY:
CZŁOWIEK



 

PROLOG

Pewnego dnia
Pierwsza gwiazda
Powiedziała mi o przemijaniu
………
Po latach
Świecąc nad moim grobem
Tak żałośnie nagim
Bo nawet trawa nie chciała
Wyrosnąć na nim
Opowiada mi
O życiu


PARODOS

Wieczorne niebo zwiastowało
Ciepło nadchodzących dni
Dwie warstwy chmur nasunęły się
Lekko na siebie
Mieszając światła
Trochę na prawach Newtona
Trochę czerpiąc z doświadczeń
I emocji przeżytych godzin
Rozedrgane promienie wiatr sortował
I układał je miękko
Na sennej skorupie ziemi
Powlekał nimi ptaki drzewa
Nawet najlichsze źdźbła trawy
Nie zostały ominięte

Zaskoczeni po drodze wędrowcy
Posłuszni odwiecznym prawom
Powoli zamykali oczy
I na ślepo dążyli do celów
Tylko sobie znanych
A gdy któremuś udało się unieść
Senną powiekę
Oko błądzilo w gęstniejącej
Ciemności nocy
Przerażeni zapominając o nadziei
Przyszłego dnia
Wpadali na siebie kalecząc boleśnie ciała
………….
Tylko nieliczni
Potrafili unieść się na tyle
By zauważyć za horyzontem
Zaróżowione niebo wschodu


EPEJSODION   I

Czasem wieczorem
Kiedy słońce zajdzie za spękany horyzont
Spoglądasz w niebo……
A tam wiatr czyni ostatnie porządki
Zagarnia chmury na senne legowiska
Popędza cichą pustkę liżącą
Roztopione złoto zachodu…
I widzisz wokół siebie jasność uroczystą
Nie możesz tego wypowiedzieć
Czujesz….przenikasz……Bo…bo…..o zachodzie
Dziwne rzeczy świat odpoczywający po pracy 
Ukazuje oczom
Jakiś człowiek przysiadł na kamieniu
I rozgląda się za dogodnym noclegiem
A może uda się jeszcze coś zjeść?
Przed domem zmęczona kobieta przysiadła
I karmi niemowle co cierpliwie
Musiało czekać aż matka przepracuje kawałek życia
Czasem tylko cicho zakwiliło 
Jak piskle…bo smutno mu było
A świat bez matki wydawał się
Okrutny i przerażający
Teraz jaka wielka radość
Sączyła się z piersi powoli napełniając małe ciało
Wiadomościami złego i dobrego
Ciepły podmuch porwał
Świeży puch drzew do szalonego tańca
I jest w powietrzu coś co czujesz…
Czym żyjesz…
I wiesz że kiedy na kobalcie nieba
Zapali się pierwsza gwiazda
Będziesz mógł spokojnie zasnąć
Jak to niemowle przy piersi matki
Ufne we wszystko co go otacza
Zaś rankiem podnosząc zaspane powieki
Jej gasnący blask wskaże ci
Pierwszy dobry znak dnia
Słońce nad horyzontem
Rozpali świat drzemiący
W głębi twojego ciała
Należy on do ciebie jak ty należysz do niego
Oddycha bo ty oddychasz
Żyjesz jak on żyje….
Jesteś nim jak on jest tobą




STASIMON  I

Kiedy organy zagrały pierwszy raz
Świątynia opływała złotem
Odbitym w blasku tysiąca świec
Szept modlitwy zamotany
W śpiewy madrygałowe
Wzbijał się pod niebieskie sklepienia gwiazd
I z blogosławieństwem
Spływał po kamiennych żebrach i filarach
Krwią życia i wiary


Na stopniach ołtarza kapłan
Z niewielkim białym jak śnieg
Opłatkiem ofiarowywał nam odkupienie
Ty stałeś pod jedną z tych podpór
Boga…byłeś jedną z nich!
Bezimienny zagubiony w zakamarkach
Sensu wiary i życia

A potem stało się tak jak musiało się stać
Nastały zimy tak ostre że drzewa
Pękały  bez jęku ukazując bezbronne wnętrza
W nadziei na ratunek
Jedne po drugich konały w kryształowej ciszy
Aż … pewnego dnia przyszło ci spełnić
Ostatnią posługę
Zapytałeś księdza ….czy to daleko?
A on zarzuciwszy wilczą szubę
Uśmiechnął się roztarł palcami
Zmarznięty nos i pogoniwszy ministranta
Z krzyżem wzruszył tylko ramionami

Wolno ruszyliście  za trumną zbitą z prostych desek
Przez puszysty biały śnieg migocący
W blasku świecy
Zrozumiałeś wtedy że dystans nie miał tu
Żadnego znaczenia
A na wyznaczonym miejscu powitany przekleństwami Grabarza
Z którego drwiła skamieniała ziemia
Byłeś pewien że dystans nie ma sensu

I nagle
Poznałeś okolicę te mury to okno
Przed którym ksiądz z odkupieniem
Tyle razy czekał na ciebie
To okno teraz jak pusty oczodół
Błagało o łzę
Przebiegłeś wzrokiem wszystkie resztki wspomnień
Spowitych kadzidłami z nadzieją że
Znajdziesz to czego szukałeś w swojej duszy
I nie odnalazłeś
Bo czas twój runął jak ta świątynia
Zostawiając po sobie fragmenty
Bezkształtnej wiary
A puste miejsce pod filarem
Wypełnił  niewypowiedziany żal

Ból
Zmroził i tak skostniałą duszę
Drżącą na fali powracających wspomnień
Do miejsca którego jedynym
Prawdziwym świadkiem pozostał
Samotnie sterczący masferek
Ostatnia wyschnięta żyła minionej wiary

Nie ma tu już miejsca dla ciebie
Nawet zabrakło go w zamrożonej ziemi
Nikt nie mógł rzucić grudki  na niedokończony
Grób …tak jak obyczaj wymagał
Zostałes sam  na kamiennych stopniach
Przysypany puszystym śniegiem….
Tylko on poddał się grabarzowi
Który jak tylko ksiądz odszedł
Zaczął znowu przeklinać
Na czym świat stoi.

Ksiądz poganiając przed sobą ministranta
Zniknął w sinej dali
A ty teraz miałeś szansę stać się częścią
Magicznej przestrzeni dawniej
Wyznaczonej murami a dzisiaj
Rozlanej po całej okolicy

Odchodziłeś wolno w zapomnienie
O którym tak mało wiedziałeś
W pustkę której się zawsze obawiałeś
Odchodziłeś szczęśliwszy
Niż wszystko co było wokół ciebie?
Szczęśliwszy
O swoje przyszłe
Zmartwychwstanie


EPEJSODION   II

Pozostał ci tylko błękit wiosennego nieba
Grający w szczelinach powietrza
Siedząc zadumany
I zasłuchany w odgłosy świata
Żyjącego za oknem
Obserwowałeś blaski wieczoru
Jakie to wszystko ciekawe
A w pokoju noc zapada
Daleki śmiech bawiących się na weselu
Mącił ciszę
Wpatrzony w seledynową smugę światła
Rozpostartą na stygnącym niebie
Myślisz o lepszym świecie
O…innym życiu
Nie widzisz jak wokół zaczęły powoli
Umierać kolory te cieplejsze pierwsze
Chłodne jeszcze drgają w agonii
Zupełnie jak ludzie co przed
Odejściem olśnieni prawdą
Drżą cichym blaskiem

Ciemność połyka ciemność…
Nawet niebo umarło
I okryte czernią oczekuje
Zmartwychwstania
Razem z nim i my umieramy
By rankiem powstać z martwych
Ujrzeć świat odrodzony
O nieznanej wspaniałości
Z tajemnicą naszego istnienia

I tylko niektórzy
Jakby na przekór wszystkiemu
Pozostaną ciągle w głębokim śnie
….


STASIMON    II

Pewnego dnia było wielkie poruszenie  w mieście
Dwóch chłopaków
Utopiło się w rzece długo ich szukano
Wbijając kije w dno bez skutku
Dopiero na trzeci dzień
Woda wyrzuciła spęczniałe ciała
Na piaszczysty brzeg
Wydawało się że wzdęte brzuchy
Pękną z hukiem
Roje much zwabione odorem
Rozkładającego się mięsa
Odważnie atakowały każdy otwór
W poszukiwaniu taniego żeru
Tylko raz całe towarzystwo odfrunęło
W przerażeniu gdy jedna ze szczęk
Bezwładnie obsunęła się w dół…

Poszli szukać robaków….? Nie łapać żaby
Kto ich tam wie debatował tłum
Z bezpiecznej odległości
Wałęsali się po ulicach szukając chleba
Guza zarobku…
Różne rzeczy o nich opowiadano
Kobiety się żegnały a mężczyźni
Spluwali przez ramię za nimi
A teraz na ciepłym piaseczku wygrzewają się

Co za widowisko…
Pół miasta przybiegło!
Jakie życie taka śmierc!
Mówili co mądrzejsi a reszta
Przytakiwała głowami
Nikt ich nie szkodował prócz ciebie
Wszyscy cieszyli się że to
Nie rodzina czy bliski znajomy

Po południu  burmistrz obejrzał ciała
Z każdej strony zatykając nos
Śnieżną chusteczką
Zawołajcie Mateusza niech
Zrobi z tym porządek…bo jak dłużej poleżą
To zaraza gotowa!
Wszyscy rozeszli się do swoich domów
Spraw i  trosk
A wieczorem nagrzany piasek
Zsypywał się bezszelestnie z krawędzi
Wykopanych dołów…
Wydawało się że  nawet
Ziemia nie chciała ich przyjąć
Na swoje łono
I tylko ta jedna szczęka
Obsunięta bez przyczyny
Była rozpaczliwym
Protestem!
Wobec całego świata
Jakże bezradnym
I tragicznie śmiesznym


EPEJSODION   III

Wiatr kołysał się
Na  zielonych pączkach drzew
A te cicho szeleściły
Szalenie zadowolone
Ze swojego położenia
Jaka szczęśliwa sytuacja
Jeżeli chodzi o dalszy rozwój
A potem przyszło upalne lato
Spiekło liście na skwarki
I przedwcześnie zebrało plon jesieni
To zupełnie nielogiczne
Tyle liści umarło przed czasem
Nie dano im nawet szansy upadku na ziemię
Jak smutnie sterczały bezszelestnie i beznamiętnie
Obojętne na wszystko co je otaczało
Dopiero kiedy pierwszy śnieg
Okrywał nagość drzew
(jakże wdzięcznych mu za to)
Wszystkie liście opadły
Na wspólną mogiłę
Ziemię
A ta przyjęła je jak zwykle
Cicho i bez łez
Ofiarując jak wszystkim
Swoje nieustannie żywe
Ciało


STASIMON  III

W zagubionym fragmencie przyrody
Co łączy się w jedną całość
Ukazując morzu brzeg a brzegowi morze
Drobne fale przypływów i odpływów
Pieściły omszałe skały strzegące dwóch sfer

A obok nich trwali ludzie  zapatrzeni w dal
Morza …życia … nadziei
Doganiając ginący w toni horyzont
Rozpalali w sercach cichą modlitwę
Oprószoną kryształami soli
A ta ciepła jak gasnący zachód przed nimi
Ptakiem wylatywała przez żarliwe usta
I porwana wiatrem potykając się o fale
Pędziła co tchu w piersiach tam
Gdzie tylko myśl i uczucia
Mogły zdążyć i napełnić żagle
Otuchą …wiarą…w ciało krew i zbawienie
Gdzieś za horyzontem

A kiedy słońce osłabło na tyle
Że mogło się tylko bezwładnie obsuwać
Rozrywając chmury
Na krwawe strzępy barwiące całą okolicę
Dumna flaga drzemiąca na szczycie masztu
Zniknęła w dali
Wyznaczającej wszystkim tyle samo

Wilgotne skały pozostały
Jak zwykle obojętne w swoim bezruchu
Spokojne o los mimo że
Zaczynał się przypływ
Tak samo jak wczoraj rok temu
I kiedyś...
Woda powoli zaczynała nasączać drobny piasek życiem

Absolutnie nic nadzwyczajnego



 EXODOS

Ostatni żeglarz życia odpłynął
Jakież miał kłopoty z wiatrem
Gdy ten zmęczony porządkowaniem nieba
Przysiadł w pustej beczce
Ile trzeba go było prosić błagać.…
Nawet grozić
Przecież wszystko jest gotowe
Zapięte na ostatni guzik

Boże drogi no jak to będzie tyle trudu

W końcu dmuchnął
Śnieżna biel żagli z najlepszego płótna
Rozcięła grzbiety fal nieba
I pomknął
Ostatni żeglarz
Zostawiając  po sobie miejsce
Owiane dziwnym smutkiem
W pustym porcie
Gdzie liście tańczyły raz w lewo raz w prawo…
A ciśnięte na wodę
Śniły o burcie
Która zabierze je tam
Za wielką wodę….
Też chciały dotrzeć do tego miejsca
Którego wszyscy tak pragną
W gruncie rzeczy były złe na wiatr
Tak późno rzucił je w toń
Mogły się przecież zabrać
Była taka okazja.
…………..
A teraz kiedy ostatni żeglarz odpłynął
Pozostało tylko
Beznadziejne czekanie


EPILOG

Skradziono ci obraz
Kradzieże ostatnio stają się plagą
Jest to zjawisko szalenie niepokojące
Systemy alarmowe cuda cudeńka
Na dobrą sprawę wszystko i wszystkich
Można zabezpieczyć i czasami
To się bardzo opłaca
Lepiej niż poszukiwanie Rembrandta

Ale nie był to Rembrandt
Ani Rafael żaden tak genialny twórca
Obraz  miał coś
Coś z życia artysty i...
Kompozycja była ciekawa
Może jedno z wielu jeszcze niezauważonych
Dzieł które czekają na klasyczny opis
Przemądrzałych krytyków i snobów
Te kolory z wibracją świateł emanują siłą
Jakże niezwykłe ktoś zauważył etc…..etc…..
Był to zupełnie niezły obraz
I może mógł się czasem przyśnić rabusiom
Mierzących sztukę forsą
Obok wisiały dzieła włoskiego renesansu
Męscy florentyńczycy…zmysłowi wenecjanie…
A troche dalej ci mali mistrzowie z północy
Układający na kanwie uczucia odcieniami
Bieli i szarości
Wszyscy zostali na swoich miejscach
Nikt ich nie dotknął
(sprawdzono odciski palców)
Takie dziela!
Dlaczego właśnie ten obraz
Skradziono z twojego muzeum wyobraźni?
Dlaczego nie potrafiłeś go ustrzec
Przed nimi
Pozostało ci teraz puste miejsce

Jakże beznadziejnie puste

Wiosna była wczesna tego roku
Już na początku marca
Zrobiło się tak ciepło że nawet
Najstarsi tego nie pamiętali !
Drzewa jak oszalałe po zimowym letargu
Z trzaskiem wypuszczały
Zielone zawiniątka liści
…delikatny puch drżący przy
Najmniejszym podmuchu wiatru
……………….
I radość zapanowała wielka
W sercach ludzi zbudzonych do życia
Jedni po drugich wychodzili przed domy
Wystawiając do słońca blade twarze
Wdychając wszystko co było prawdziwą wiosną
Przepojoną zapachem pierwszych kwiatów
Świeżo bielonych ścian
I wszystko byłoby tak cudowne…

Gdyby nie ona

Przyszła następnego wieczora
Cicho stanęła przed oknem
A kiedy ostatni promień słońca
Rozpłynął się w welwetowym mroku pokoju
Ucałowała cie z miłością…
Jak matka
I odeszła
Zostałeś z tym pocałunkiem zupełnie sam
A on zapadał się w tobie coraz głębiej
I w żaden sposób nie mogłeś go dojrzeć
Określić….powstrzymać
czułeś tylko jak…….
Rozpływał się w …żyłach….gęstniał…
I serce coraz trudniej przetaczało krople krwi
…………………………coraz wolniej…..
………………dlaczego……………
Właśnie teraz….kiedy………….za oknem
Rozwijają się płatki  pierwszych ……
Krokusów……….
Białych … fioletowych ... żółtych……..
…………
jakże delikatnych…………
……………..małe ………..dzwoneczki…..

Kiedy tyle spraw …tam….jeszcze zostało…
Za oknem….za tym wiosennym ogrodem….
Niedokończonych
Tyle rzeczy……..trzeba je jakoś……..załatwić
Koniecznie….nie można…zostawić…
Byle komu…
I te……pierwsze…..
Krokusy……..

Noc zastała cię stojącego
Przy oknie w pokoju
Gdzie usypjające jedne po drugich minuty i godziny
Kłóciły się o każdy zakamarek
By przetrwać do następnego dnia
…co był gdzieś za ogrodem
Obsypanym krokusami…
Dziwna tęsknota rozlała się
Aż po sam horyzont
Tak bardzo silna tego wieczoru
…..Twoje wieczne ….
Pragnienie

Kiedy ranek zwiastowały
Rozbudzone ptaki a zaspana rosa
Kołysała się leniwie na źdźbłach traw
Nikt
Nie spoglądał zza szyb
Na ogród pełen wiosny
Odszedłeś
Zabierając ze sobą
To co było najcenniejsze….
Odszedłeś z obrazem
Tych pierwszych kwiatów
Tak delikatnych…tak kolorowych i bezbronnych…
Zabrałeś je 
Białe  … fioletowe … żołte….
Krokusy
……………..
Zabrałeś je ze sobą
Na zawsze.




No comments:

Post a Comment