Thursday, 26 July 2012

Tylko Ptaki Nie Płaczą


TYLKO PTAKI NIE PŁACZĄ

Dramat  rozpisany  na
JEDNOŚC MIEJSCA,
CZASU, AKCJI I OSOBY
CZĘŚCI:
PROLOG
PARODOS
EPEJSODION I
STASIMON I
EPEJSODION II
STASIMON II
EPEJSODION III
STASIMON III
EXODOS
EPILOG





PROLOG

Tylko ptaki
Nie płaczą
Gdy dzieci ich
Wylatują w świat

Tylko ptaki
Nie potrafią płakać
Na widok pustych
Gniazd

Zupełnie jak
Nieliczni z nas



PARODOS

Ponoć jest wyspa na morzu
Gdzie sny najskrytsze
Piękniejsze są
Niż pozorna rzeczywistość
Czas odmierza
Rytmem godzin dnia i nocy
Złudę od fantazji
A świat pomalowany
Łukiem tęczy
Zaprasza uśmiechem tych
Co go dostrzegają

Jest taki skrawek ziemi
Za horyzontem
Gdzie ślad zostawiony
Na mokrym piasku
Przetrwa
I opowie twoją historię
Przygodnym wędrowcom
Błądzącym w poszukiwaniu pocieszenia
Ale tylko
Niektórzy ludzie
Potrafią mówic o tym
Dziwnym lądzie
Gdzie stale brak
Jest miejsca
Dla ciebie


EPEJSODION  I
Na skraju wody i ziemi
Poranne słońce
Wychodząc z alkowej
Rozpostarło
Złotą drogę na sennych falach

Chodź  ze mną
Zagadnęło zaspanym blaskami
Kuszącym słodko stopy
Na moment świat zawirował mi w oczach
I wcisnął mnie jeszcze bardziej w miejsce
Gdzie stałem
Niewiadomo dlaczego
Poczułem się zawstydzony
Tą propozycją

Nie… nie trzeba
A swoją drogą
Jak to może być
Parę kroków do przodu
I stopy ciężko grzęzną w piasku
Jak mam pójść?
Nawet gdybym chciał
Grzebienie fal
Zaśmiały się tysiącem kropel
Wyrzuconych pod niebo
Spójrz na nas…! krzyknęły!
I pognały gdzieś przed siebie
A kiedy powróciły
Na to samo miejsce
Nie było śladu drogi i słońca

Miałem złudzenie że światło
Obraziło się na mnie
Ale ja przecież nie chciałem…
Ciągle stercząc w tym samym miejscu
Myśl że chyba przegapiłem
Jedyną okazję jaką dano mi w życiu
Nerwowo
Przebiegła grymasem po twarzy
I rozpłynęła się bez śladu
W morskiej toni
Ciekawe dlaczego?


STASIMON  I

Promień słońca
rozerwał chmury
I zaczął malować figlarne znaki
Na mokrym piasku
Na szczęście ?
Na moje życie…

Łapczywe fale
Jak na złość
Porywały kawałki
Tych dziwnych obrazów
I unosiły je pośpiesznie
Jeden Bóg wie gdzie
Gdzieś w toni nadawały im
Sens morskich stworów
Czasem powracających na brzeg
Karykaturami myśli
Dziwacznych i obcych
Wyszarpanych z jaźni  zbyt pośpiesznie
Bez możliwości
Nasączenia się istnieniem

Oprószone morskim smakiem
I kryształami
Soli
Opadały wolno na dno 
Wyschniętej duszy
I rozpływały się cicho
W jej pustce
Zostawiając po sobie jedynie
Gorzki smak
Niespełnienia


EPEJSODION II

Pewnego poranka
Spotkałem ptaka
Nad brzegiem oceanu
Rozwiesił skrzydła na wietrze
I suszył pióra ze słonej wody
Staliśmy jakiś czas razem
Spoglądając ciekawie na siebie
I wodę igrającą ze słońcem
A potem on odleciał…
Spłoszony mocniejszym podmuchem wiatru
Silniejszą falą?
Moim niebacznym gestem

Poszybował nisko nad wodą
Jakby chciał się przejrzeć w jej toni
I przepadł gdzieś za horyzontem
A ja?
Zostałem sam
Ciężki jak kamień
Od lat w tym samym miejscu
Z jakimś nieopisanym smutkiem
Bo…
Wydało mi się nagle
Że przez moment
Razem dzieliliśmy
Odrobinę życia
Drgającego między nami
Na pajęczynie
Utkanej przez słońce
I misternie zaplątanej
W nasze ciała


STASIMON  II

Po latach
Które nie wiem jak
Przeciekły mi przez palce
Pewnego dnia
Ptak wrócił

Przysiadł zmęczony na mokrym kamieniu
I ciężkie powieki przyniosły upragniony sen
Kołysany szumem fal
Rozpostarte skrzydła
Oparły się o piasek
A wiatr od czasu do czasu
Dmuchał w delikatne pióra
Z nadzieją poderwania ich
Do następnego lotu
Nie wiedząc że on już dawno
Szybował pośród
Srebrzystego pyłu gwiazd
Co ukradkiem
Zerkały na niego
Z podziwem i zazdrością

Jaka lekkość i swoboda lotu
A przyłapane na tej myśli
Okryte  wstydem
Pośpiesznie gasły
Jedna po drugiej
Ustępując miejsca
Jasności następnego dnia


EPEJSODION  III
Wykopałem niewielki dół
I ostrożnie kładąc drobne ciało
Na dnie
Poprawiłem pióra tak
Aby były gotowe do lotu
Gdy przyjdzie na to czas

W ciszy usypiającej powoli
Całą okolicę
Starając się go nie zbudzić
Otuliłem ciepłymi ziarnami piasku
Jego sny
Pośród których swobodnie szybował
W tylko sobie znanych przestrzeniach
Gdzieś ponad światem
Co zadziwił się nad tym
Jak taki mały ptak
Potrafi
Tak wspaniale latać




STASIMON  III

Przypływ coraz mocniej
Napierał na piaszczysty brzeg
Bezwolne fale
Posłuszne odwiecznym prawom
Unosiły na zmęczonych grzbietach
Coraz więcej piany
Szarpanej przez wiatr
Na setki strzępow fruwających
Pod niebem

Przez chwilę
Poprzez szare światło
Rozlane wokół mnie
Wydawało mi się że…widzę
Jak znowu suszy skrzydła
W słońcu…
By były gotowe na jeszcze jeden lot

W szumie wody
Bawiącej  złocisty piasek
Wokól moich stóp
Poczułem nagle że
Ziemia cierpliwie wypatruje
Momentu w którym
Zacznie odmierzać
Moją drogę

Jakie to dziwne uczucie
Gdy nagle zdajesz sobie sprawę
Że ktoś czeka
Na ciebie…
Na twój pierwszy ruch




EXODOS

Krople deszczu
Spadły na mnie i na pióra
Przymrużywszy oczy
Zasłuchałem się w ich wilgotne pocałunki
Wsiąkające wolno w moją skórę
A on zatrzepotał skrzydłami
Strząsając deszcz kropel
Z lśniących piór
Jakby nie chciał uwierzyć
Że zaczęło padać
I powoli pokuśtykał przed siebie
Zostawiając na mokrym piasku
Ciepłe wspomnienie łap

Patrzyłem za nim ciekawie
Po pewnym czasie obejrzał się
W moją stronę
I śmiesznie przekrzywił głowę
Jakby chciał mnie zachęcić…
Krzyk wścipskich mew
Porwał na moment uwagę pod chmury
A kiedy oczy powróciły
Na miejsce gdzie wydawało mi się
Że czeka na mnie
Natrafiły na wodę
Wylizującą jego ostatni ślad

Czyżbym ponownie
Stracił przyjaciela
Na wieki
?


EPILOG


Poranne niebo
Słońce rozcięło łukiem światła
Na dwie barwne połowy
Jeszcze jednego szczęśliwego dnia
Wiatr silniejszym podmuchem
Porwał z piasku
Parę piór
Wspomnienie jakiegoś ptaka
I cisnął je wysoko pod chmury
Gdzie tylko rajskie stwory
Mają przywilej przebywania

Brodząc po mokrym błękicie  nieba
Raz po raz obmywanym
Szemrzącymi falami
I zanurzając stopy
W chłodny puch przygodnych chmur
Nie zauważyłem
Jak słońce
Roztopiło złoto falujące drogą
Na leniwie kołyszącej się wodzie
Aż po sam horyzont

Przymrużyłem oczy
Zerkając ciekawie w dal
Setki blasków wydawały się
Czekać na moje stopy

CHODŹ
Szepnęło słońce.

Rozejrzałem się wokół
Nie mając pewności
Czy to było rzeczywiście do mnie
Ale oślepiony odłamkami promieni
Nie mogłem dojrzeć nikogo
Prócz paru ptaków
Bijących się w pobliżu o jakiś strzęp…


CHODŹ
Szepnęło ponownie słońce.
I złożyło delikatny pocałunek
Na moich ustach
Stałem przez monemt
Niepewnie przestępując
Z nogi na nogę
A po chwili wahania
Ciągle zalany
Lawiną światła
Powoli
Ruszyłem
Przed siebie

Raz jeden
Odwróciłem się w kierunku
Brzegu
Z nadzieją że jeszcze zobaczę

Ale tam
Woda jak zwykle
Nie zwracając uwagi na nic
Rysowała dziwne krajobrazy
Na pustym piasku






















No comments:

Post a Comment